Twój dysk SSD nagle pokazuje pojemność 0 GB, wyświetla się pod obcą nazwą albo znika z komputera w trakcie pracy? To typowy zestaw objawów tanich dysków SATA na układzie SM2259XT (m.in. Crucial BX500, Intel 545s, ADATA SU750, Lexar NS100). W większości takich przypadków zdjęcia i dokumenty nadal fizycznie leżą w pamięci dysku - trzeba je z niej wydobyć właściwym sprzętem.
SM2259XT to kontroler, czyli mały układ sterujący pełniący rolę mózgu dysku SSD. To on decyduje, gdzie zapisać Twoje pliki w kościach pamięci (małych układach przechowujących dane) i jak je później odnaleźć. Produkuje go firma Silicon Motion, a układ trafia do klasycznych dysków SATA - tych 2,5-calowych, podłączanych kablem, montowanych w laptopach i komputerach stacjonarnych.
Najważniejsza informacja kryje się w końcówce "XT". Oznacza ona dysk bez własnej szybkiej pamięci podręcznej (po angielsku DRAM). Mówiąc prosto: żeby dysk był tańszy, producent zrezygnował z osobnej kostki, która normalnie trzyma spis treści dysku, czyli wewnętrzną mapę pokazującą, gdzie leży który plik. Tutaj ta mapa siedzi razem z Twoimi danymi, w tych samych kościach pamięci. Efekt jest taki, że dysk kosztuje mniej, ale znacznie gorzej znosi nagłe odcięcie prądu, wyrwanie w trakcie pracy czy zawieszenie komputera.
SM2259XT to następca popularnego SM2258XT i pracuje w tych samych, budżetowych modelach: Crucial BX500 (bestseller, najczęściej spotykany w naszym laboratorium), Intel 545s (na pokrewnej wersji SM2259, z pamięcią podręczną), ADATA SU750, Lexar NS100, a także w dyskach Apacer, KingSpec, Silicon Power, QUMO, Lenovo i AMD. To dyski kupowane głównie dlatego, że są tanie, i bardzo często lądują w laptopie jako jedyny dysk z systemem Windows, całym archiwum zdjęć i dokumentami do pracy. Dlatego gdy taki dysk odmawia posłuszeństwa, ginie zwykle to, co najważniejsze, i najczęściej bez kopii zapasowej.
To najbardziej charakterystyczna usterka dysków na SM2259XT. Komputer nagle przestaje pokazywać normalną nazwę i pojemność (np. "Crucial BX500 480 GB"), a zamiast tego w BIOS-ie albo w systemie widnieje 0 GB, kilka megabajtów albo zupełnie obca nazwa fabryczna układu, która nie ma nic wspólnego z marką dysku. Dysk niby jest podłączony, ale zachowuje się tak, jakby był pusty. Bywa też, że dysk działa jeszcze przez chwilę, ale drastycznie wolniej niż zwykle: kopiowanie plików przerywa, komputer się zacina, a po kilku minutach dysk po prostu znika w trakcie pracy i wraca dopiero po restarcie. Przyczyna jest typowa dla tej oszczędnej konstrukcji bez pamięci podręcznej. Wewnętrzna mapa danych trzymana jest w tych samych kościach co Twoje pliki. Gdy podczas zapisu zabraknie prądu, padnie bateria w laptopie albo komputer się zawiesi, mapa robi się niespójna. Przy następnym starcie kontroler próbuje ją wczytać, nie daje rady i wchodzi w tryb awaryjny, w którym zgłasza się komputerowi z zerową pojemnością i własną, fabryczną nazwą. Twoje pliki nie zniknęły - popsuł się spis treści, który mówi, gdzie ich szukać.
Kontroler nie przechodzi walidacji tablicy translacji (FTL, wewnętrznej mapy logiczno-fizycznej) i wchodzi w tryb ROM/safe mode, raportując hostowi ID własnego układu i pojemność 0. Spadki prędkości przed awarią zwykle wynikają z wyczerpania bufora SLC i narastającej liczby bloków wymagających retry-read na kościach 3D TLC/QLC.
Klient przynosi laptopa z dyskiem Crucial BX500 (na kontrolerze SM2259XT), na którym trzymał zdjęcia z kilku lat i dokumenty księgowe firmy. Opowiada, że od dwóch tygodni komputer działał coraz wolniej - kopiowanie zdjęć na pendrive potrafiło się zaciąć na kilkanaście minut. W końcu w trakcie pracy dysk zniknął, a po restarcie BIOS pokazał pojemność 0 GB i nazwę, której klient nigdy wcześniej nie widział. Zdążył już podłączyć dysk przez przejściówkę USB do drugiego komputera, gdzie Windows zaproponował sformatowanie. Na szczęście nie zgodził się.
W analizie nośnika potwierdzamy typowy dla tego układu scenariusz: kontroler nie potrafi wczytać swojej wewnętrznej mapy danych i wchodzi w tryb awaryjny, dlatego zgłasza zerową pojemność i fabryczną nazwę. Same kości pamięci reagują, ale widać na nich ślady zużycia, co tłumaczy wcześniejsze spowolnienia. Sprawdzamy też, czy ten egzemplarz ma włączone szyfrowanie sprzętowe - to decyduje o tym, którą drogą możemy pójść. Klientowi od razu mówimy, żeby nie zgadzał się na żadne formatowanie ani nie wgrywał programów naprawczych z internetu, bo to najczęściej kasuje dane bezpowrotnie.
Wprowadzamy dysk w tryb serwisowy na stacji PC-3000, omijamy uszkodzone oprogramowanie fabryczne i odczytujemy surową zawartość kości pamięci. Zużyte fragmenty czytamy wielokrotnie, wolniejszym trybem, żeby wyciągnąć z nich jak najwięcej. Następnie odbudowujemy wewnętrzną mapę danych w pamięci stacji roboczej, nie zapisując niczego na oryginale, i układamy pliki z powrotem w foldery. Na koniec sprawdzamy, czy zdjęcia i dokumenty faktycznie się otwierają.
Udaje się odzyskać zdjęcia oraz komplet dokumentów księgowych, na których klientowi zależało najbardziej. Kilku plików zapisywanych dokładnie w chwili awarii nie dało się odczytać i klient dostał o tym jasną informację razem ze spisem odzyskanej zawartości. Dane wydaliśmy na nowym, sprawnym nośniku. Doradziliśmy przy okazji, żeby tani dysk bez pamięci podręcznej nie był jedynym miejscem ważnych plików - i żeby wyraźne spowolnienie dysku traktować jako sygnał do natychmiastowej kopii zapasowej, a nie do czekania.
Dobra wiadomość: SM2259XT jest kontrolerem dobrze poznanym i mamy do niego narzędzia w naszym laboratorium, więc dane z tych dysków odzyskuje się stosunkowo dobrze. Pracujemy na specjalistycznej stacji PC-3000 (profesjonalny sprzęt do ratowania danych, którego nie ma w zwykłym serwisie komputerowym). Najpierw wprowadzamy dysk w tryb serwisowy, czyli specjalny stan diagnostyczny, w którym kontroler przestaje w kółko próbować wczytać uszkodzoną mapę i pozwala nam zajrzeć do środka. Następnie podajemy dyskowi tymczasowe oprogramowanie pomocnicze, które omija zepsute oprogramowanie fabryczne, i odczytujemy surową zawartość kości pamięci. Z odczytanych fragmentów odbudowujemy wewnętrzną mapę danych, dzięki czemu rozsypane kawałki układają się z powrotem w Twoje foldery, zdjęcia i dokumenty. Ważna rzecz przy tej rodzinie układów: część dysków ma włączone szyfrowanie sprzętowe, a klucz jest zamknięty w samym kontrolerze. Jeśli tak jest w Twoim przypadku, odzysk musi iść przez ożywiony kontroler - wylutowane, gołe kości pamięci dałyby wtedy tylko nieczytelny szyfrogram, czyli zlepek danych bez sensu. Dlatego nie obiecujemy z góry odczytu z samych kości (procedura zwana chip-off): sprawdzamy podczas analizy, czy dany egzemplarz jest szyfrowany, i dopiero wtedy wybieramy drogę. Gdy szyfrowania nie ma, a kontroler jest fizycznie zniszczony (np. po przepięciu), odczyt z wylutowanych kości pozostaje realną opcją. Cały odczyt prowadzimy w trybie tylko-do-odczytu: nie zapisujemy niczego na Twoim dysku. Każde zlecenie zaczynamy od analizy nośnika (wliczamy ją w cenę odzysku) - sprawdzamy realny stan dysku i dopiero wtedy podajemy cenę oraz szanse. Nie odzyskamy = nie płacisz za odzysk.
Dokładną cenę podajemy po analizie. Typowy czas odzysku: 3–7 dni roboczych.